Dolomity

  • Post author:
  • Post category:Bez kategorii
Mieliśmy takie nasze stare dwa marzenia.
Moje to zobaczyć alpejskie jezioro Lago di Brayes, a Gosi postawić stopę na skałach Dolomitów.
Udało się nawet z nawiązką. Dokładniejszy opis naszej szybkiej i trochę szalonej wyprawy znajdziecie poniżej.
 
Wiosną kupiliśmy starą poczciwą T4 i swoimi własnymi siłami zacząłem ją przerabiać na „kampera”. Nie był to projekt jeszcze wtedy skończony w 100%,  ale na tą podróż wystarczył aż nadto.
Auto poradziło sobie doskonale. Przejechaliśmy w 4,5 dnia ponad 3500km i ciągle miałem ochotę jechać dalej i dalej.
Zapraszamy do oglądania i czytania 🙂

Czwartek rano. 30 minut przed wschodem. 

Zaraz po pracy w środę około 13 wyruszyliśmy w trasę. Najbardziej wysuniętym celem podróży była Bolonia. Jechaliśmy ile dałem radę i pierwszą noc w naszym domu na kółkach zaliczyliśmy na jakiejś winnicy w Austrii.

Austria kojarzyć Nam się będzie z polami dyń, słoneczników i plantacjami winogron….

…oraz pięknymi górskimi jeziorami.

To był pierwszy postój na podróżową kąpiel 🙂 Woda zimna, ale za to ani jednego człowieka :-). Było rześko, ale przyjemnie. Sezon morsowy rozpoczęty 🙂

Czwartek wieczór.
I w końcu docieramy nad jezioro. Zmęczeni trasą, ale marzenie się spełniło. Jezioro wyglądało tak samo pięknie jak na zdjęciach, które oglądaliśmy wcześniej gdzieś w sieci.  Atrakcja jest bardzo popularna wśród turystów i na początku było dość tłoczno, ale im bliżej wieczora tym robiło coraz bardziej kameralnie.

Nocleg w takich okolicznościach przyrody po prostu polecamy.

Lago di Brayes.

Piątek rano.
Kolejny dzień to droga do Bolonii. Ogólnie 9h jazdy więc wyruszyliśmy wcześnie. Plan była taki, że szybko śmigamy po starym mieście i wracamy w Dolomity. Woleliśmy spędzić więcej czasu w górach niż w mieście.

Nasz Amigos w samym centrum miasta. To jest właśnie przewaga busa nad kamperem. Można wjechać dosłownie wszędzie. Nawet jak gdzieś trzeba płacić za wjazd to stawka jest normalna, nie kamperowa.

Coś tam nawet zjedliśmy innego niż budżetowy ryż gotowany w vanowej kuchni 🙂

Stare miasto w Bolonii zachwyciło Nas totalnie. Wąskie uliczki, miejski targowy gwar, masa regionalnych sklepików i spokój. Mimo pandemii. Włosi pilnują się bardzo widać to było w sklepach i kolejkach na straganach. Jednak życie i tam toczyć się musi i każdy radzi sobie jak może.

Trochę szalony to był pomysł, żeby jechać tyle kilometrów i zobaczyć miasto w 2h i wracać „pędem” w zostawione za plecami góry.

Piątek. Późne popołudnie.
Lekko wymordowani podróżą, stwierdziliśmy, że zaszalejemy i spędzimy jedną noc w dobrym alpejskim hotelu w samym sercu Val Gardena.
Budżet 3 nocy w vanie zamieniliśmy na jedną w hotelu 🙂

Skusił Nas basen na dachu hotelu

Sobota.
Obudziliśmy się skoro świt, zjedliśmy śniadanie stojąc na dole piersi jeszcze przed zamkniętymi drzwiami restauracji i jak tylko drzwi się otworzyły ruszyliśmy jeść, jeść, jeść …🙂 Szkoda było czasu. Trzeba ruszać w góry. Tre Cime czekało.

Docieramy na miejsce. Plecaki na plecy i w drogę. Tre Cime to taki dolomitowy masthew. Na góry mieliśmy tylko jeden cały dzień więc padło na klasyk. I był to znakomity wybór.

Pandemia jest za razem przekleństwem jak i wybawieniem. Dla turystów lubiących wolność i brak tłoku jest tym drugim. W normalnym sezonie spodziewał bym się tu hordy piechurów. Teraz liczyliśmy, że złapiemy oddech wolności. I złapaliśmy.

Przejście szlaku zajmowało kilka godzin. Po dojściu prawie do jego końca stwierdziliśmy, że nie warto wracać do auta i trzeba wrócić i popatrzeć do wieczora na ten cud natury. Siedzieliśmy sobie na polanie i po prostu gapiliśmy się na góry. To był czas na zrobienie zdjęć zarówno gór jak i pogwizdujących dookoła świstaków. Uganiałem się za nimi po całej polanie. Trafiłem na całą świstakową rodzinkę i leżąc nieruchomo na trawie pozwoliłem im podchodzić bliżej niż na wyciągnięcie ręki. Uwielbiam taki bliski kontakt z naturą.

Do samochodu wracaliśmy już w całkowitych ciemnościach. Ostatnie zdjęcie na długim czasie udało się zrobić tuż przed mgłą, która pojawiła się tak nagle, że nie zauważyliśmy nawet że nadeszła 🙂 Z latarkami w dłoniach po godzinie marszu docieramy do Amigosa.
Plan była taki, że wstajemy w nocy i ruszamy do Polski. Będziemy jechać ile starczy sił.
Noc spędzamy na parkingu prowadzącym na szlak na wysokości około 2300m npm

Niedziela rano.
Trochę zaspaliśmy i to co zobaczyliśmy po wyjściu z auta nie pozwalało po prostu wsiąść i jechać dalej. Magiczna gra chmur i potęga gór hipnotyzuje.
Dobra gorąca owsianka i można podziwiać widoki.

Ostatnie spojrzenie na góry.
Do domu mamy dokładnie 1344km co daje ponad 15h ciągłej jazdy. Trochę nierealne, a jednak się udaje. Docieramy do domu bezpiecznie o 1.30 w poniedziałek.
Czas iść spać, bo przedłużony weekend się skończył i trzeba DZIŚ iść do pracy ….